Aby przybliżyć książkę "Gdzie się podziali wszyscy wszyscy intelektualiści?" Franka Furediego o upadku życia akademickiego na rzecz jego czystego urynkowienia przedstawiam recenzję, którą opublikowałem w kwartalniku Myśl.pl w 2009 r.

 

W okowach mikropolityki

 Frank Furedi w książce „Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?” przedstawia proces staczania się świata nauki, kultury i uniwersytetu po równi pochyłej.

 

Jego zdaniem od kilkudziesięciu lat mamy do czynienia z abdykacją intelektualistów, końcem sporów ideowych i wartościowania sztuki przez elity na wyższą i niższą. Główną przyczyną „filisterstwa” – jak sam to często określa – jest komercjalizacja świata szeroko pojętej kultury, urynkowienie wszelkich cywilizacyjnych – w tym duchowych – tworów świadomości człowieka.

 

Jednym z przejawów „równania w dół” jest sytuacja na uniwersytetach, gdzie według Furediego już nie uczy się studentów myśleć, poszukiwać i samodzielnie dochodzić do pewnych wniosków, tylko podaje się małe, ukierunkowane na potrzeby rynku piguły fragmentarycznej wiedzy.

 

Taka polityka edukacyjna infantylizuje społeczeństwo i zabija jego kreatywność. Kluczowym pojęciem i procesem socjologicznym dla Furediego jest inkluzja społeczna, czyli włączanie za wszelką cenę jak największych grup do procesów i zjawisk kulturalnych oraz społecznych. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby tym samym nie obniżano standardów i kryteriów owej partycypacji kulturowej, która zamiast wznosić na wyżyny intelektualne szerokie masy, schlebia im, akceptując ich zastany poziom umysłowy i dostosowuje przekaz do możliwości poznawczych tychże mas.

 

Dla Furediego to „demokratyczne” pragnienie włączenia ludzi do udziału w kulturze jak tak naprawdę antydemokratyczne. Powoduje bowiem, że zamiast skłaniać ludzi do dążenia do aktywności, zaangażowania, doskonałości, rządy, elity i dzisiejsi leniwi twórcy kultury traktują w efekcie paternalistycznie społeczeństwo jak małe dzieci, redukując jego oczekiwania.

 

Interesujący jest wywód Furediego o filisterstwie w polityce. Poprzez upadek znaczenia idei, nakierowania wiedzy na konkretne cele ekonomiczne, a także większego znaczenia ekspertów niż myślicieli całkowicie upadły dziś standardy debaty publicznej. Podobnie jak Peter Sloterdijk zauważa w społeczeństwach uśpienie towarzyszących zawsze polityce emocji. Jednak w przeciwieństwie do niego nazywa je „mikropolityką”, która zamienia język idei na język odpolityczniony – zarządzania, biznesu, technokracji.

 

Badania, które przedstawił Furedi świadczą, że w polityce przekaz komunikacyjny dla dorosłych jest na poziomie zrozumienia dziecka i cały czas się obniża. I tak za czasów Lincolna był to poziom klasy jedenastej i dwunastej amerykańskiej szkoły, zaś G. W. Busha – szóstej. Obserwując polskie kłótnie prezydenta z premierem o samolot, czy to, o czym mówią Palikot i Kurski, możemy tylko to potwierdzić. Politycy, którzy w jeszcze coś wierzą i próbują nadać debacie cywilizowany kształt – tacy jak Jarosław Gowin, Ryszard Bugaj czy Marek Jurek – są na politycznym aucie, dodatkowo atakowani nie tyle przez przeciwników politycznych, ale przed media i nasze elity kulturalne, choć pewnie okres rządów koalicji PiS-LPR-Samoobrona Frank Furedi zaliczyłby do prób powrotu wielkich namiętności i idei w życiu politycznym.

 

Ludzie jednak w coś wierzą, czymś się emocjonują i nie są do końca głupi – za jakich uważają ich politycy. „Mikropolityka” sprawia jednak, że elektorat coraz bardziej odsuwa się od klasy politycznej w ogóle. Nie wierzy też w kolejne obietnice polityków; nawet, im bardziej są one zgodne z przekonaniami opinii publicznej. W tym tkwi cała tajemnica stale pogłębiającej się niskiej frekwencji wyborczej, zarówno w USA, jak i w Europie. Apatia i wycofanie się społeczeństwa jest tego najgorszym skutkiem. Stąd Furedi krytykuje również pomysły e-głosowania, gdyż miejsce obywatelskiego obowiązku zajmuje wygoda, czyli wspomniane schlebianie społeczeństwu i idea inkluzji za wszelką cenę, nawet pozbawienia znaczenia aktu wyborczego.

 

„Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?”. Frank Furedi chce na to pytanie odpowiedzieć – wycofali się lub skapitulowali na rzecz urynkowienia wiedzy, nauki, kultury, pobłądzili, wierząc, że inkluzja społeczna, równanie w dół, kult banalności czy zinfantylizowana kultura są lekiem na zatomizowane społeczeństwo.

 

Książka jest o tyle interesująca, że Frank Furedi jest obywatelem brytyjskim urodzonym na Węgrzech, który wyemigrował w 1956 r., ale także intelektualistą lewicowym, który w latach 70. szefował Rewolucyjnej Partii Komunistycznej. To jednak nie pozbawiło go w pewnym momencie refleksji i trzeźwych sądów. Książkę jednak czyta się z pasją, niczym manifest tęskniącego za kulturowym ancien régime’em konserwatywnego myśliciela. Wyrzekania na polityczną poprawność, sprzedajność elit, poddanie się intelektualistów w walce o prawdę i piękno w kulturze, krzyk rozpaczy o zasady i standardy ludzi wykształconych i ich obowiązki względem „ciemnego ludu” świadczą, że relatywizm i walka z tradycją tożsame dla lewicy, uderzają w nią jak bumerang. Nie tylko w nią, ale we wszystkich tych, którzy kierują się pewnymi zbiorami idei w imię wspólnego dobra.

 

Frank Furedi, „Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2008, s. 165.